Off-road Ukraina – wyprawa na Ukrainę 2-8.07.2011

Data: 15 czerwca 2011, kategoria: Wyprawy

Relacja z wypadu na Ukrainę, 2-8.07.2011.

Uczestnicy:

1. Witalij z Rostikiem, Daihatsu Feroza, Tarnopol, UA

2. Jacek z Karoliną i Kubą, Toyota Hilux, Białystok

3. Marek z Beatą, Toyota 4-Runner, Kraków

4. Paweł z Gosią, Toyota HZJ 105, Warszawa

5. Sławek z Agą i Grzesiek z Ulą , Toyota HDJ 80, Białystok

 Przypadkiem wyszło jak rajd Toyoty 😉 – Daihatsu zdaje się też należy do koncernu

Dzień 1.

Zbiórka o 6 na stacji Orlenu w Dojlidach pod Białymstokiem i start na trasę. Gdzieś w okolicy Bełżca spotykamy się z Pawłem i Gosią. Na granicę w Hrebennem dotarliśmy o 11 i niestety jej przekroczenie zajęło nam 5 godzin. Powody są dwa – bardzo powolna praca polskiej obsługi granicy i jakiś przedziwny system, zgodnie z którym miejscowi z obu stron granicy wciskają się bez kolejki. Gdyby nie policja, która od czasu do czasu jeździ wzdłuż kolejki (za rzadko!) byłoby jeszcze gorzej.

Lecimy szybko przez Lwów, Stanisławów do Jaremczy. Tam spotykamy się na stacji benzynowej z Witalijem i Rostikiem, tankujemy paliwo i jedziemy na kolację do koliby. Na koniec dociera Beata z Markiem – jechali z Krakowa przez inne przejście niż my.

Ognisko i nocleg w namiotach na leśnej polanie w górach.

Dzień 2.

Pobudka o 7 rano, w namiotach nie da się spać dłużej 😉 Śniadanie i po ósmej wyjeżdżamy na trasę – Witalij jest pod wrażeniem, że potrafimy się tak szybko zebrać. Jedziemy w góry, po drodze mijamy instalacje i pompy do wydobycia ropy naftowej i gazu. Odwiedzamy też szałas pasterzy, od których kupujemy sporą bułę buncu (sera), wystarczy nam do końca wyjazdu. Zaliczamy górę Siniaczka (nazwa ze słuchu) i piękne wodospady Buchtiwec – tam kilku z nas decyduje się na kąpiel w lodowatej wodzie – wskazanie termometru: ok. 1 cm 😉

Ruszam w kierunku Przełęczy Legionów – na Ukrainie padało od tygodnia, więc ziemia jest bardzo mokra a strumienie bardzo wezbrały, Droga Legionów jest mocno zniszczona przez wodę i w dużej części zalana, kamienie dudnią o podwozie. Mieliśmy w planie zrobić na Przełęczy odpoczynek i obiad, niestety zerwał się spory deszcz i musieliśmy zrezygnować. Jeszcze tylko chwila zadumy przy krzyżu ustawionym na pamiątkę poświecenia legionistów, którzy w 1914 dokonali niemożliwego, pamiątkowe fotki i powoli zbieramy się do powrotu.

Na przełęczy można jeszcze zobaczyć zygzakowate pozostałości okopów z czasów I wojny a nawet polsko-czechosłowackie słupki graniczne z okresu 1918-1939.  Witalij decyduje, że ze względów bezpieczeństwa rezygnujemy z południowego zjazdu z Przełęczy, wracamy tą samą drogą, którą przyjechaliśmy – tu też nie brakuje wrażeń!

Wracamy w okolice Mikulyczyna i znajdujemy sobie na nocleg fajną polankę w górach.

Oczywiście ognisko i spotkanie przy wodzie rozmownej 😉

W przerwie między toastami Marek i Jacek diagnozują problem z zamkiem tylnej klapy w 4R – do końca podróży klapa zamykana jest na zmyślny okład sznurków i linek autorstwa Marka 😉

  Dzień 3.

Jak zwykle wczesne śniadanko i start na trasę. Najpierw  góra Rokita z wieżą telewizyjną. Dziś dzień pełen wrażeń – wczoraj było kamienisto i dużo wody – dziś rozmyte drogi, strome zjazdy, podjazdy i trawersy na mokrej trawie i glinie. Wyciągarka też popracowała. Dzień pełen wrażeń, zwłaszcza dla tych, którzy byli na ATekach ;-).

Wracamy w okolice Jaremczy i nocujemy w pensjonacie Romana – standard bardzo dobry (pokoje 2 os., jedna łazienka na dwa pokoje) Cena bardzo przystępna – dwójka 120 hrywien, czyli ok. 45 zł.  

Kolacja w knajpie i dogrywka przy ognisku pod pensjonatem. Gospodarz też z nami posiedział – fajny chłop. W ogóle ludzie na Ukrainie są mili i przyjaźni, wielu mówi bardzo dobrze po polsku – przyjeżdżają do nas na handel i do pracy.

 Dzień 4.

Leje…. Odkładamy wyjazd o jakieś dwie godziny. To nawet lepiej bo spać poszliśmy baaardzo późno 😉 Zdaje się, że wczoraj w nocy gdzieś wydzwanialiśmy… Sorry Zbychu 😉 Dziś mamy w planie masyw Świdowiec. Po drodze mijamy kawalkadę Land Lowerów z Krakowa, ten region robi się popularny wśród naszych off-roadowców. Dojeżdżamy do poziomu stacji narciarskich na Świdowcu, wspaniałe widoki, „wdech zapiera wydech ;-)”. Kusi nas szutrowa droga prowadząca na szczyty, ale ostatecznie odpuszczamy – jest ślisko jak na lodowisku, droga jest gliniasta i wymyta przez padające ostatnio deszcze, nie ma sensu ryzykować. Jeszcze tu wrócimy! Zjeżdżamy powoli w dół i wybieramy miejsce na obiad. No i oczywiście dokładnie w tej chwili musiała się zerwać ulewa. Budujemy jakieś zabezpieczenia od deszczu, wyciągamy parasole i kurtki. W zamieszaniu wywalam wielki gar fasolki po bretońsku, który gotował się na tylnej klapie – a niech to!

Zmierzamy w stronę Czerniowców, na nocleg wybieramy sobie agroturystykę w Werchowinskich Gazdach (50 hrywien za osobę, czyli jakieś 20 zł). Czysto i schludnie, łazienka na korytarzu. Gospodarze, młodzi ludzie, biegle mówią po polsku, pracowali w Poznaniu. Tłumaczą się nam, że trochę mają jeszcze do zrobienia przy obejściu, ale mieli niedawno pogrzeb teścia a tam jest taki zwyczaj, że przez 40 dni należy się ściśle powstrzymywać od pracy a przez rok ograniczać – ten czas należy poświęcić na wspominanie zmarłego. Kolacja w miejscowej knajpce a tam atrakcji moc! Pani kelnerka myliła się co do zamówień, zapominała o zamówionych daniach, a nawet się na nas trochę obraziła – beczka śmiechu i wesela 😉 Ostatecznie rozstaliśmy się w zgodzie.

Dziś poszliśmy spać szybko, zmęczenie i nocne rozmowy dały w końcu o sobie znać 😉

Dzień 5.

Dzień zaczyna się ciekawie – mamy jedną łazienką na całą ekipę, więc część z nas wstała bardzo wcześnie żeby się do niej dopchać – o dziwo poszło bardzo sprawnie!

Śniadanko i wyruszamy – w planie Czerniowce i Chocim.

Po drodze mamy pierwszą poważniejszą awarię – pociekły mi metalowe przewody hamulcowe. Cud, że na czas zauważyłem. Zatrzymujemy się koło sklepu i warsztatu mechanicznego. Mają tylko przewody do łady a te niestety nie pasują – inny skok gwintu.

Jacek z Witalijem polecieli do Czerniowców, do większego sklepu a w tym czasie podszedł do nas młody mechanik zapytać co się dzieje – popatrzył i przyniósł kilka używanych przewodów. Wybraliśmy jeden i nawet mi go zainstalował. I jeszcze musiałem mu wciskać pieniądze!

Czerniowce wyglądają bardzo ładnie, secesyjne kamieniczki, brukowane ulice, wszystko dość zadbane. Miasto sprawia dobre wrażenie, zwłaszcza mieszkanki – piękne czarnowłose dziewczyny o ciemnej cerze. Bardzo interesujące miasto!

Spotykamy po drodze Iwana Watamaniuka, miejscowego off-roadowca, posiadacza pięknej 80-ki. Zatrzymał się, żeby z nami pogadać. Pomaga nam wydostać się z miasta i jedziemy całą grupą na obiad do wybranej przez niego bardzo dobrej restauracji. Pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy Karpacki Kordon, na którym jak się okazało razem byliśmy i w drogę.

Mała zmiana planów, wybieramy na dziś Kamieniec Podolski, Chocim zostawiamy na jutro. Zależy nam, żeby zdążyć przed zamknięciem twierdzy i udaje się, wpadamy do miasta w ostatniej chwili. W Kamieńcu leje jak z cebra (mamy z Agą pecha, ostatnio też tak lało), mimo to zwiedzamy twierdzę i miasto, w tym polskie kościoły. Jeden z nich ma jeszcze zachowany minaret, który dobudowali Turcy po zdobyciu miasta. Po odzyskania miasta przez Rzeczpospolitą Polacy obiecali zachować minaret – obecnie zdobi go ogromna, złocona figura. Miasto jest wspaniale położone, otacza je rzeka, która płynie w głębokim jarze, tworząc prawie wyspę. Naturalna twierdza.

Nocujemy w pensjonacie, 150 hrywien za 2 os., jakieś 60 zł. Warunki bardzo dobre, łazienki w pokojach. Właściciel również mówi świetnie po polsku, opowiada, że jeździł jeszcze ‘z sumkami’ do Polski, również do Białegostoku ;-). Teraz prowadzi już poważne interesy w Polsce.

Dzień 6.

Wstajemy jak zwykle wcześnie, śniadanko i na koń! Plan na dziś: Chocim, Okopy Świętej Trójcy i nocleg w kanionie z wodospadem.

Chocim – pięknie zachowany (odbudowany?) zamek, położony nad brzegiem Dniestru. W środku piękne obrazy olejne z wizerunkami Kozaków i polskiego rycerstwa – niestety nie wolno fotografować. Nie pomagają uśmiech do przewodniczki – prawa autorskie. Często na naszej trasie spotykamy autokarowe wycieczki z Polski, również tu mijamy się z grupą z Polski. Jedziemy dalej – Okopy Świętej Trójcy i pozostałości twierdzy, którą Rzeczpospolita zbudowała po utracie na rzecz Turków Kamieńca i Chocimia. Położona strategicznie chyba spełniła swoją rolę.Do dziś pozostały tylko dwie bramy wjazdowe (Lwowska i Kamieniecka?) murów już brak.

Są też pozostałości pięknego kościoła katolickiego, w środku zachowały się jeszcze  freski z godłami Orła Białego i Pogoni Litewskiej – znaków I Rzeczpospolitej. Miejscowi opowiadają nam, że w czasach sowieckich kościół służył jako magazyn, potem dach się zapadł i tak sobie niszczeje. Szkoda. Może warto byłoby się skrzyknąć, zrobić przynajmniej dach i zabezpieczyć budynek przed dalszym niszczeniem? Pewnie kupa kasy i papierów ale off-roadowcy z całej Polski mogliby się szarpnąć 😉

Jedziemy na miejsce biwaku, po drodze mijamy jeszcze jeden kościół, który sowieci zmienili z kolej w karczmę a teraz stoi i niszczeje…

Zwiedzamy Jaskinię Kryształową, do zwiedzenia jest 3 km trasy z 23 km istniejących korytarzy.

Docieramy na miejsce biwaku – dolina Czerwone Uroczysko z kanionem, wodospadem, ruinami kościoła i charakterystycznego pałacu z dwiema wieżami. Super miejsce do biwakowania, środkiem doliny płynie strumień a po bokach szerokie płaskie łąki pod namioty. Miejsce jest zadbane, trawa wykoszona, wyznaczone miejsca do składowania śmieci. Przy okazji warto wspomnieć, ze Ukraina w ogóle jest dość czysta, przy drogach stoją tablice z napisem ‘Diakujemo za cziste uzbicza’ i widać, że ludzie się do tego stosują, czysto choć czasami biednie jest w miasteczkach i wsiach, nie widać śmieci w lasach. Zupełnie inaczej niż np. w Albanii, gdzie śmieci chyba wyrastają z ziemi 😉

Paweł i Gosia decydują się na szybszy powrót do domu – sprawy służbowe, po obiedzie starują na granicę. Gosia, Paweł – dziękujemy za wspólną wycieczkę!

Ognisko i rozmowy do późna 😉

Dzień 7 – czas wracać do domu.

Po śniadaniu żegnamy się z Beatą i Markiem – dziękujemy za wspólnie spędzony czas. Wszystko co dobre się kiedyś kończy 😉 Spotkamy jeszcze dziś ich auto we Lwowie, przy pomniku Mickiewicza. My również wyruszamy w trasę. Żegnamy się z Witalijem, naszym przewodnikiem i jego synem Rościsławem. Dzięki Witalij! Super wyjazd, za rok Krym! Lecimy przez Tarnopol do Lwowa. Tam obowiązkowo obiad w regionalnej knajpie. Zwiedzamy starówkę, katedrę, kościół ormiański. Pięknie, jeszcze tu wrócimy a teraz czas jechać na granicę. Po drodze jeszcze dobry uczynek do spełnienia – zatrzymuje nas zdesperowany Ukrainiec i bardzo prosi, żeby wyciągnąć jego samochód, tłumaczymy, że nie mamy czasu, że mamy jeszcze 12 godzin jazdy – nic to nie daje, trzeba pomóc ;-). Cofamy się ok. 10 km, zjeżdżamy w jakąś boczną drogę, zaczynamy się nawet bać, czy to nie jest podstęp – ale nie. Chłopak był zmęczony i chciał pospać w swoje Ładzie w krzaczkach. I wpadł w bagno! Zrywamy najpierw jego linkę holowniczą, używamy więc wyciągarki – był nieźle wklejony 😉 Żegnamy się serdecznie i walimy na granicę. Nie było się do czego śpieszyć – przejazd zajął nam prawie 6 godzin. Niech szlag trafi tę granicę! Znowu jesteśmy przekonani, że opóźnienia powoduje strona polska … Przy okazji rada – po przejechaniu granicy po stronie UA warto wjechać po naszej stronie na zielony pas ‘Nic do oclenia’ – zyskujemy przynajmniej godzinę.

Lecimy do Białegostoku, w Białej Podlaskiej odpadamy, robimy 3-godzinną drzemkę za kółkiem. Do domu docieramy ok. 7 rano.

I to by było na tyle 😉

 Trochę liczb i informacji.

Przejechaliśmy ok. 2200 km.

Cena paliwa ok. 3, 30 zł/l

Nocleg w pensjonacie ok. 40-60 zł za 2 osobowy pokój

Polecamy usługi Witalija, jest na naszym forum (sova)

Fotki z wyjazdu: Sławek, Witalij.